Wpisy

  • sobota, 01 sierpnia 2015
    • 55. Bunt

      Zrobiłam sobie można powiedzieć wakacyjną przerwę od bloga, która moim zdaniem nie powinna mieć miejsca. Za to baaardzo przepraszam. Ale powracam i to z nowym rozdziałem :) Co prawda nie jestem z niego w pełni zadowolona... ale może Wam się spodoba.

      Miłego czytania <3

      ~Ola

       

      Minęły już trzy miesiące odkąd Johanna została naszą sąsiadką i wprowadziła się do domku obok. Przez pierwszy tydzień ciężko jej było się przyzwyczaić do nowego otoczenia, ale teraz zachowuje się jak by mieszkała w naszym dystrykcie od lat.

      Było też wiele zachodu z przewiezieniem rzeczy z Siódemki, co trwało aż kilka dni. Peety praktycznie wtedy nie było w ogóle w domu, bo to właśnie on pomagał Johannie. Ta się upierała, że sama sobie poradzi, jednak jest w ciąży, nie może dźwigać. I dopiero po wypowiedzeniu tego argumentu zgodziła się na pomoc.

      Tak szczerze mówiąc to nigdy nie widziałam, żeby ktoś potrzebował tylu rzeczy. Też jestem sentymentalna w stosunku do przedmiotów, ale bez przesady. Jednak kiedy zapytałam Johannę, dlaczego przywiozła aż tyle kartonów odpowiedziała:

      -Gdzie moje graty, tam mój dom.

      Nie znalazłam stosownej odpowiedzi, zagięła mnie.

      Teraz leżąc na jeszcze nie zaścielonym łóżku w mojej i Peety sypialni wspominam każdy dzień, który upłynął od przeprowadzki mojej przyjaciółki, ponieważ nic lepszego nie mam do roboty. Mój mąż zamknął się w swojej pracowni, tłumacząc, że dawno nie malował. Mi chyba nie pozostało nic lepszego od odwiedzenia Johanny.

      Gdy tylko otworzyłam drzwi poczułam na twarzy gorące, letnie powietrze i musiałam przymrużyć oczy, by cokolwiek widzieć. Wędrówka zajęła mi niecałe dwie minuty.

      Zastałam Johannę leżącą na kanapie i zajadającą się truskawkami, oglądała telewizję

      -To ja!- krzyknęłam z przedpokoju

      -Wchodź! Już myślałam, że zapomnieliście o mnie!- odpowiedziała

      -No jak byśmy mogli o tobie zapomnieć.- mówię siadając obok na kanapie i całując ją w policzek na przywitanie.- Mów, jak się czujesz?

      -Ogólnie dobrze, ale mały dzisiaj mnie popędził do łazienki. Chyba zwróciłam posiłki z ostatniego tygodnia.

      -To czemu mnie nie zawołałaś?!

      -Nie miałam siły, a jak mi przeszło to i po co cię niepokoić.

      „Cała Johanna” pomyślałam.

      -A co tam u ciebie sąsiadeczko?- zagadnęła

      -Nic ciekawego, Peeta maluje, więc ja przyszłam co ciebie.

      -No i prawidłowo.- powiedziała pod nosem

      -Prawidłowo, że się izoluje od świata w pracowni?- powiedziałam z uśmiechem biorąc do ust truskawkę.

      -Nie, prawidłowo, że do mnie przyszłaś.

      Johanna zmieniała kanały w poszukiwaniu czegoś co zabiłoby letnią nudę.

      Program o zwierzętach, teleturniej, wiadomości o zamieszkach w Kapitolu, jakiś film…

      -Czekaj! Johanna cofnij!- krzyczę, moja przyjaciółka aż podskoczyła

      -Co?

      -Na wiadomości, szybko!

      Jeden przycisk na pilocie, jedna sekunda i niczym ptaki przyfrunęły do mnie wspomnienia z czasów rewolucji. Wybuchy, strzały, płacz. Gdy patrzę na ekran, gdzie ubrany w różowy garnitur prezenter stoi przed Pałacem Prezydenckim a za nim jedna wielka kolorowa plama z Kapitolończyków, sceny z poprzedniej wojny znów zajmują mój umysł. Nie chcę by to się powtórzyło, dlatego słucham z uwagą.

      -CHLEBA I IGRZYSK! CHLEBA I IGRZYSK!- skandują mieszkańcy.

      -Obywatele chcą przywrócenia dawnej tradycji organizowania Igrzysk Głodowych.- mówi prezenter.- Protest trwa już drugi dzień i jak widać na pewno nie zbliża się do końca. Dla Kapitol TV Michael Rowson.- zdążyłyśmy akurat na końcówkę programu

      -Czyli teraz ich kolej na buntowanie się.- stwierdza Johanna

      Zauważam jak bardzo zdenerwowała ją ta wiadomość. Bardzo trzęsą jej się ręce, na twarzy poczerwieniała.

      -Kochana, na razie nie ma się czym przejmować, to tylko jeden protest, przecież z tego wojny nie będzie. Jestem pewna, że prezydent Natalie nie da sobie w kaszę dmuchać.- uspokajam ją.- A poza tym, masz dużo ważniejsze rzeczy na głowie.- dłonią delikatnie gładzę jej całkiem spory już brzuszek.

      -Masz rację.- Johanna bierze kilka głębokich oddechów.

      -Idź się połóż, nie będę ci już przeszkadzać. Wpadnę później.

      -No dobrze.

      Johanna myślała, że skieruję się stronę domu, ja na początku też, jednak potrzebowałam uciec, pobyć sam na sam z myślami.

      Na początku szłam, ale z czasem mój marsz przemienił się w trucht a już później w żwawy bieg. Gdy dotarłam pod ogrodzenie prowadzące do lasu, odruchowo nasłuchiwałam brzęczenia. Cisza, jak zwykle, dlatego bez obaw przeszłam dalej.

      Biegłam, biegłam i biegłam… co raz głębiej w las, jakbym chciała uciec od myśli wypełniających głowę, od niepokojących wiadomości z Kapitolu, uciec od obaw o najbliższych, jeżeli bunty nie ustaną. Tak bardzo tego pragnę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „55. Bunt”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olaeverdeen
      Czas publikacji:
      sobota, 01 sierpnia 2015 22:01
  • poniedziałek, 29 czerwca 2015
  • poniedziałek, 01 czerwca 2015
    • 54. Nowa sąsiadka?

      Zapraszam na kolejną notkę! :) Mam nadzieję, że Wam się spodoba i jeszcze jedno pytanie: czy wolicie jak w tej historii jest tak słodko, wszędzie miłość i jest spokojnie? Czy może jak jest akcja i nieszczęście po nieszczęściu? Czasem mam wrażenie, że jest za różowo i robi się nudno. Proszę wyraźcie swoją opinię w komentarzu :)

      Miłego czytania :*

      ~Ola

       

      Puk, puk, puk!

      Leżę wtulona w nagie ramię Peety. Czuję się w nim bezpieczna, szczęśliwa a teraz ktoś jak za złość postanowił niesamowicie głośno i uporczywie dobijać się do drzwi.

      Puk, puk, puk!

      -Ty czy ja?- pyta Peeta

      -Ja.- wzdycham i leniwie podnoszę się z łóżka

      Wlokę nogę za nogą w stronę drzwi.

      Puk, puk puk!

      -Idę, już idę!- krzyczę do niecierpliwego człowieka na zewnątrz

      -Otwieraj ciemna maso!

      „Johanna?” pomyślałam i jakby z tą myślą wlano we mnie wiadro energii. Ruszyłam szybciej do drzwi w nadziei, że zobaczę tam swoją przyjaciółkę.

      Blask rannego światła w jednej chwili wypełnił sporą część mieszkania.

      -No nareszcie, ile można czekać?- mówi Johanna rzucając mi się w ramiona.

      -Mi też miło cię widzieć.- odpowiadam sarkastycznie

      Ściskamy się tak jeszcze przez długą chwilę, ciesząc się swoją obecnością.

      -Co za niespodzianka!- Peeta właśnie schodzi po schodach

      Brunetka także wita się z moim ukochanym po ponad miesiącu rozłąki.

      -Co cię do nas sprowadza?- pytam ciepło zaprowadzając gościa do salonu

      -I to o tak wczesnej porze.-dopowiada Peeta.

      -A co? Przeszkodziłam w czymś?- Johanna znacząco porusza brwiami a my od razu zaprzeczamy, śmiejąc się.- Po prostu stęskniłam się za wami.

      Chciałabym w to wierzyć, jednak mała cząstka mnie mówi, że coś się jednak wydarzyło. Przyjaciółka umie dobrze chować uczucia za grubą ścianą.

      -Peeta, zrób naszemu gościowi kawę, a ja pójdę się ubrać i zaraz wracam.-mówię i pędzę na górę.

       

      Po kilku minutach schodzę na dół i widzę Johannę z kubkiem parującego napoju w ręce. Rozglądam się w poszukiwaniu Peety, lecz tego nigdzie nie widzę. Brunetka widząc moje mizerne próby poszukiwania tłumaczy:

      -Twój mężuś poszedł do piekarni. Jego brat prosił go o jak najszybszą pomoc. A i mam ci przekazać, że wróci za jakąś godzinkę.

      -Ok.- odpowiadam tylko.- Może to i lepiej, że poszedł.- na mojej twarzy wykwita blady uśmiech.

      -Tak, lepiej, bo chciałam z tobą porozmawiać. Potrzebuję rady.

      -Johanna coś się stało?- niepokoję się i siadam na kanapie przy przyjaciółce.

      Kiwa głową.

      -Ale obiecaj, że nikomu nie powiesz.- prosi niemal szeptem

      -Obiecuję.- zapewniam niemal po chwili.

      I w jednej chwili radosna Johanna zamienia się w roztrzęsioną, niezdolną wymówić ani słowa kobietę. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Za dobrze ją znam, by się nabrać te gierki z udawaniem szczęśliwej.

      -Jestem w ciąży.- mówi patrząc mi w oczy, jedna łza spływa po jej policzku, potem kolejna i następna.

      Jednak nie rozumiem jej smutku.

      -To super wiadomość! Gratuluję!- przybliżam się by ją przytulić

      -Z Brian’em.- kończy

      Jego imię na chwilę zawisło w powietrzu. Nie mogłam znieść echa powtarzającego to słowo, więc jak najszybciej przerwałam ciszę.

      -Jak to?

      Johanna wzięła głęboki wdech.

      -Byłam ze dwa tygodnie temu u niego w więzieniu, by go odwiedzić. Mimo, że zrobił tyle złych rzeczy, próbował ciebie zabić.

      -Dwa razy.- wtrącam się

      -Dwa razy.- powtarza przyjaciółka.- To mimo tego wciąż cos do niego czuję i tęsknię za nim. Oczywiście nie będę z Brian’em ponownie, bo ty jesteś dla mnie ważniejsza. Tak więc, poszłam do niego, spacerowaliśmy po pobliskim parku, wypuścili go na chwilę na moją odpowiedzialność, i jakoś tak wyszło. Chciałam się ostatni raz pożegnać, lecz on znów mnie uwiódł. I teraz mam co chciałam.- rękami pokazuje na swój brzuch.- Po cholerę ja tam szłam.- chowa twarz w dłoniach.

      Słucham tej całej historii w ciszy, zbierając myśli. Po chwili ciszy, postanawiam wypowiedzieć je na głos.

      -Johanna, każdy robi coś, czego potem żałuje. To normalne. Rozumiem, że jesteś w nim zakochana i bardzo doceniam to, że nie chcesz być z nim ze względu na mnie. Ale czas przestać się zamartwiać. Co się stało już się nie odstanie.- przytulam ją, chcąc dać przyjaciółce wsparcie.- Pozostaje jedno pytanie: chcesz urodzić to dziecko?

      -Tak.- odpowiada niemal natychmiast.- Choćby niewiadomo jakim zbirem był jego ojciec, mój maluszek nie jest niczemu winien. Chcę donosić tą ciążę.

      -W takim razie, pamiętaj, że zawsze będziesz miała we mnie wsparcie.- zapewniam Johannę

      Jeszcze mocniej mnie przytula.

      -Dzięki, kochana.

      -Mam pomysł! Może zamieszkasz tutaj przy nas? Te domy stoją puste od wieków i raczej nikt już ich nie zajmie. Myślę, że burmistrz nie będzie miał nic przeciwko gdybyś w jednym zamieszkała.

      -Ty tak na poważnie?- pyta z wzrokiem pełnym nadziei.

      -Pewnie.- uśmiecham się szeroko.

      -Serio chcecie znosić wszystkie moje humorki i zachcianki?

      -Czego się nie robi dla przyjaciół.

      -Oczywiście, że bym chciała!

      -Zaraz zadzwonię do Peety, żeby w drodze powrotnej zaszedł do burmistrza i zaapelował o to.

      -A na odpowiedź nie trzeba czekać miesiącami?

      -Kochana, jesteśmy Zwycięzcami. Naszą sprawę rozpatrzy jako pierwszą.

       

                                                                                                  ***

      Zniecierpliwione czekamy na Peetę.

      Minuty wloką się nie miłosiernie.

      Trochę jak czekanie na wyrok.

      Blondyn już powinien być.

      Co chwila zerkam na zegarek.

      I nagle drzwi się otwierają. Do domu wchodzi mój mąż w jednej ręce trzyma reklamówkę z pieczywem a w drugiej jakąś kopertę, którą zaraz kładzie na stoliku przed nami i zwraca się do Johanny:

      -Witaj, sąsiadko.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „54. Nowa sąsiadka?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olaeverdeen
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 czerwca 2015 18:55
  • niedziela, 17 maja 2015
    • 53. Drażliwy temat

      Rozdział dedykuję Ewwie :) I dziękuję za życzenia odnośnie rocznicy bloga i wszytkie komentarze <3

      Miłego czytania ;)

      ~Ola

       

       

      Minął już miesiąc od kiedy Peeta wyszedł cały i zdrowy ze szpitala. Staramy się żyć normalnie, na ile to jest możliwe. Codziennie udaję się na targ Dwunastego Dystryktu, by kupić świeże owoce oraz mięso. Do lasu na polowania nie chodzę. Za bardzo kojarzą mi się z Gale’em, a o nim chciałabym zapomnieć. Następnie Peeta gotuje posiłki z moich zakupów, które zjadamy we dwójkę. Czasami spędzimy popołudnie przy kawie i cieście z Haymitch’em i Hazelle, ale to się zdarza bardzo rzadko. Tak mija dzień za dniem.

      W czwartkowy poranek, z kubkiem parującej herbaty w ręku, siedzę na kanapie razem z Peetą i jak zwykle rozmawiamy o wszystkim i o niczym.

      -Kochanie, nie myślisz, że nasze życie jest teraz… szare?- pytam

      -Dlaczego tak uważasz?

      -Codziennie wstajemy, jemy, rozmawiamy, włóczymy się bez celu po domu i kładziemy się spać.- wymieniam za jednym tchem

      -Może faktycznie ostatnio za wiele się nie dzieje.- przyznaje.- Ale mi to odpowiada.

      -Też nie narzekam… Tylko, boję się, że za długo jest spokojnie, że zaraz coś się wydarzy i wszystko wróci do „normy” w Panem.

      -Co masz na myśli?

      -Na przykład za chwilę nadleci wielki odrzutowiec i zbombarduje cały Dystrykt, albo przylecą kosmici i porwą dzieci, by urządzić Głodowe Igrzyska na Marsie.

      Na moje przypuszczenia blondyn wybucha śmiechem.

      -Już prędzej Haymitch i Hazelle będą mieli dzieci, niż to się stanie.

      -Ale zobacz, cały czas siedzą w tym domu i kto wie co oni tam robią… to całkiem prawdopodobne.- mówię, ledwo łapiąc oddech ze śmiechu. Oboje spoglądamy przez okno na dom mentora i jego narzeczonej, wymieniamy znaczące spojrzenia i znów wybuchamy śmiechem.

      - Kochanie…- po chwili zaczyna Peeta. Spoglądam na niego i uśmiech schodzi mi z twarzy, na widok jego powagi.

      -Tak?- mam takie przeczucie, że zaraz poruszy drażliwy temat i ta rozmowa nie skończy się dobrze.

      -Może spróbowalibyśmy jeszcze raz.- widząc, że nie za bardzo zrozumiałam dopowiada- Chodzi mi o dziecko.

      -Nie.- odpowiadam niemal szeptem i odwracam wzrok, by ukryć łzy napływające mi do oczu.- Nie chce drugi raz przez to przechodzić.

      Peeta zdaje się nie być zadowolony z takiej stanowczej odpowiedzi.

      -Rozumiem.- po chwili zawahania dodaje- To że raz poroniłaś, nie znaczy, nie tak będzie przy każdej ciąży.

      To bolało. Jego słowa zraniły mnie niczym nóż wbity prosto w serce.

      -Czy ty myślisz, że dziecko jest jak ciasto?! Nieudało się? To nic! Spróbuję jeszcze raz!- podniosłam głos.- Ale to nie tak Peeta. Ty nie nosiłeś tego dziecka przez niespełna 7 miesięcy, a potem nadzieja na córkę prysła jak bańka mydlana!

      -Dla mnie też to była ogromna strata i ból, ale Katniss, nie można żyć przeszłością!

      Zauważyłam, że źrenice blondyna powiększyły się do granic możliwości, ręce zaczęły mu się trząść… atak.

      Następnie mąż gwałtownie podniósł się z kanapy, na co ja jeszcze bardziej się skuliłam. Podczas powrotu wspomnień jestem bezradna. Jednak zamiast podejść bliżej mnie, Peeta skierował się do kuchni. Widzę, że z szafki wyjmuje opakowanie tabletek, połyka jedną i popija wodą. Następnie mocno zaciska ręce na blacie, starając się uspokoić, poczekać aż atak minie. Po kilku minutach rozluźnia mięśnie. Mogę zauważyć, że jego ramiona się trzęsą… płacze.

      „Zrób coś, Katniss.” Nakazuję sobie w myślach.

      Niepewnym krokiem podchodzę do ukochanego i obejmuję go od tyłu.

      -Przepraszam, tak bardzo mi przykro. Ja… nie kontroluję tego.

      -Zraniłeś mnie.- odpowiadam zgodnie z prawdą.- Ale wiem, że tobie też jest ciężko z wspomnieniami, dlatego ci wybaczam. Chyba oto chodzi w miłości, by umieć przebaczać.- mówię beznamiętnie.

      Nie widzę tego, ale jestem pewna, że Peeta kiwa głową. Następnie odwraca się i przyciska swoje  usta do moich.

      Całuje delikatnie, jakby spodziewał się sprzeciwu, jednak go nie dostanie. Zamiast tego stoję jak słup soli. Nie odtrącam go, nie odwzajemniam pocałunku. Tylko stoję.

      -Nie powinienem w ogóle poruszać tego tematu.- mówi.

      -Nie powinieneś.- zgadzam się.- Udajmy, że tej rozmowy nie było.- proponuję, lecz mi trudno będzie zapomnieć ostre słowa blondyna. Mimo, że nie był wtedy sobą.

      -Dobrze.- odpowiada krótko, po czym spogląda w okno.- Muszę się przejść. Wariuję już w domu. I mówię pół żartem pół serio.

      Zdobyłam się na blady uśmiech.

      -Możemy się przejść, ale nie za daleko.

      -Czemu?

      -Boję się o twoją kondycję po operacji.

      -Spokojnie, dam radę.- zapewnia i daje mi buziaka w czoło.

       

       

                                                                         ***

      Gorące, lipcowe powietrze wypełniło moje płuca, gdy tylko wyszłam z domu. Promienie letniego słońca otulają mą skórę pozostawiając przyjemne ciepło. Kierujemy się w stronę centrum Dystryktu. Skręcamy w jedną z alejek i wstępujemy do piekarni. Za ladą stoi wysoki brunet, zapewne Luke, młodszy brat Peety.

      -O, patrzcie, kto zaszczycił ten skromny sklepik swoją obecnością!- mówi sprzedawca, gdy wraz z blondynem przekroczyliśmy próg lokalu.

      -Cześć, stary!- mój mąż wita się z bratem przyjacielskim uściskiem.

      -Witam cię, Katniss.- teraz zwraca się do mnie, stara się naśladować oficjalny ton, na co zaczynam się śmiać, po czym przytula mnie w geście powitalnym.

      -Ej, nie za czuło witasz się z moją żoną?- pyta mąż.

      -To już z bratową nie mogę się przytulić?- odpowiada Luke i puszcza do mnie oczko. Zaczynam się jeszcze bardziej śmiać, widząc nie co zazdrosny wyraz twarzy Peety.

      -Co dla was?- pyta sprzedawca

      -Podaj dwie kajzerki i dziesięć dekagramów tych ciastek.

      -Tak jest, sir!

      Po otrzymaniu zakupów i zapłaceniu ruszamy dalej. Postanowiłam, że zabiorę Peetę na Łąkę. Nie jest to daleko, a można tam się wyciszyć i odpocząć. Biorę męża pod rękę i zmierzamy w stronę celu.

       

      Siadamy na trawie, blisko siebie. Po prawej roztacza się ogromny, dziki las, a po drugiej dobiegają do nas szmery związane z końcem kolejnego dnia w  Dwunastym Dystrykcie. Wpatrujemy się w słońce, które powoli zmierza ku zachodowi. Trwamy w ciszy, zakłócanej czasami przez śpiew ptaków. Nie znajdujemy słów na urok tej chwili. Chciałabym powiedzieć Peecie jak bardzo jest dla mnie ważny, jak bardzo cieszę się, że go mam. Mimo, że się kłócimy nie wyobrażałabym sobie życia bez mojego ukochanego. Wszystkie te pragnienia znajdują ujście w dwóch słowach. Chwytam męża za rękę i mówię:

      -Kocham cię.

      -Ja ciebie też.- odpowiada.- Powtarzam ci to codziennie, ale to tylko dlatego, że z każdym dniem kocham cię co raz mocniej.

      Czuję, że policzki mi płonął. To wyznanie bardzo mnie wzruszyło. A blask zachodzącego słońca w oczach blondyna, jego wzrok tylko upewnia mnie w przekonaniu, że słowa te wypowiedział prosto z serca. Zresztą tak jak ja.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „53. Drażliwy temat”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olaeverdeen
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 maja 2015 13:03
  • piątek, 08 maja 2015